niedziela, 18 stycznia 2015

WIĘZIEŃ NIENAWIŚCI (#4)





"Więzień nienawiści" to na długo zapadająca w pamięć historia dwóch braci. Starszy z nich, Derek, jest zagorzałym neonazistą, zaangażowanym w działalność grupy skinheadów. Pewnej nocy zabija dwóch czarnoskórych mężczyzn próbujących włamać się do jego auta, za co trafia do więzienia na trzy lata. Doświadczenia tam nabyte sprawiają, że światopogląd Dereka gwałtownie się zmienia. Mężczyzna pozbywa się uprzedzeń rasowych i postanawia po wyjściu z więzienia zerwać kontakty z faszystowskim środowiskiem. W tym samym czasie młodszy z braci, Daniel, również dołącza do skinheadów. Po odbyciu kary Derek będzie starał się przekonać brata, że droga, którą sobie wybrał, prowadzi do ostatecznego upadku... 


Film porusza problem nietolerancji w wyjątkowy, bo wielowymiarowy sposób. Nie mamy tu klasycznego podziału na dobrych i złych, prześladowanych i prześladujących. Widzimy, jak nakręca się spirala wzajemnej nienawiści między czarnymi i białymi mieszkańcami dzielnicy, którą nie sposób jest przerwać. W tej wojnie żadna ze stron nie pozostaje dłużna drugiej. Jednocześnie poznajemy też inne oblicza brutalnych neonazistów, którzy w domu stają się kochającymi braćmi i synami. Dzięki temu wciąż pamiętamy, że żaden człowiek nie jest bezwarunkowo dobry ani zły. Film powstrzymuje od zbyt radykalnych sądów, uzmysławiając złożoność problemu. 

"Więzień nienawiści" to z pewnością film wart obejrzenia. Nie musi budzić zachwytu, wydaje mi się nawet, że nie takie jest jego zadanie. Każdego jednak powinien skłonić do chwili refleksji, nie koniecznie na temat nienawiści. 


MIĘDZY PIEKŁEM A NIEBEM (#3)


Wzruszająca opowieść o miłości, której nawet śmierć nie rozłączy. O związku, o jakim marzy chyba każdy z nas. Historia pełna smutku, ale i radości. To też film o sile, która pozwala nam znieść nawet największe cierpienie, wciąż wierząc, że gdzieś na końcu czeka szczęście.
Chris i Annie są małżeństwem wręcz idealnym. On jest psychiatrą dziecięcym, ona artystką. Zakochani w sobie od pierwszego wejrzenia, wiodą spokojne życie wraz z dwójką dzieci. Pewnego dnia ich sielanka zostaje zburzona. Kiedy w wypadku samochodowym giną dzieci, Annie załamuje się, a jej małżeństwo wisi na włosku. Tuż przed podjęciem ostatecznej decyzji o rozwodzie, ich związek zaczyna się jednak na nowo układać. Gdy już wydaje się, że wszystko będzie dobrze, w kolejnym wypadku ginie Chris. Po śmierci trafia do nieba, które przybiera postać malarskich wizji jego żony. Tam też spotyka ludzi, którzy zmarli przed laty. Mimo tego, najbardziej brakuje mu ukochanej Annie. Wkrótce okazuje się, że i ona nie może bez niego żyć, dlatego popełnia samobójstwo. Nie jest im jednak dane być razem, ponieważ kobieta trafia do piekła. Co w takiej sytuacji zrobi Chris, który nawet po śmierci wciąż bezgranicznie kocha żonę?
Film naprawdę mi się spodobał – i to bardzo, ale do dziś nie rozumiem jego opisów. Po obejrzeniu „Między piekłem a niebem” uznałam, że wszelkie opisy to w gruncie rzeczy spoilery. To, na co kładzie się w nich największy nacisk, rozpoczyna się praktycznie w połowie filmu i chyba lepiej byłoby oglądać całość, nie wiedząc, jak rozwinie się akcja. Na szczęście, nawet kiepskie opisy nie są w stanie zabić dobrego wrażenia, jakie zrobił na mnie obraz Vincenta Warda.
Absolutnie nie dziwi mnie Oscar za Najlepsze efekty specjalne. Przedstawione w filmie piekło jest znacznie bardziej przerażające od tego z moich wyobrażeń. I wcale nie piekielne ognie ani krzyki potępionych były tu najgorsze. Co przeraża – każdy powinien zobaczyć na własne oczy. Natomiast zaprezentowane niebo – choć było niebem Chrisa – równie dobrze mogłoby być moim. Niesamowite nasycenie barw w bajkowej scenerii robi wspaniałe wrażenie. Wszechobecny spokój i piękno nieba przedstawionego w tym filmie sprawia, że naprawdę nie chce się grzeszyć, byle tylko trafić do tego miejsca.

„Między niebem a piekłem” to piękna historia o wielkiej miłości, przy której wzruszają się zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Jednak to scenografia i efekty specjalne sprawiają, że film ten powinni obejrzeć wszyscy – także ci, którzy nie przepadają za melodramatami.

niedziela, 4 stycznia 2015

NOSTALGIA ANIOŁA (#2)



„Nostalgia anioła” opowiada historię Susie Salmon. Wzrasta ona w kochającej rodzinie na przedmieściach tradycyjnego amerykańskiego miasteczka. Są lata siedemdziesiąte, czasy wolności i miłości. Świat wydaje się bezpieczny, lecz nagle, w tej beztroskiej rzeczywistości, dzieje się tragedia. Młoda, mądra, skromna dziewczyna, znika, zostawiając jedynie ślady wskazujące na gwałt i morderstwo. I tutaj zaczyna się pogranicze jawy i snu – bowiem Susie nie odchodzi, zostaje zawieszona między niebem a ziemią. Jest niejako w pułapce swojego umysłu, ktόry ze swoim końcem pogodzić się nie może, nie potrafi zapomnieć o przeżywającej dramat rodzinie, o niespełnionych marzeniach. Chce wrόcić – a nie może; nie chce odejść – a musi…

Film nie jest tradycyjnym obrazem wydarzeń, jest opowieścią Susie o samej sobie – o swoim życiu, o śmierci, o walce o pogodzenie się z losem, o bόlu utraty tego, co mogło być najpiękniejsze… Narracyjnie prowadzona historia miesza dwa światy – rzeczywisty, ktόry Susie obserwuje niejako „z gόry”, w ktόrym śledzimy dramat rozgrywający się wśrόd jej najbliższych oraz poznajemy kulisy samej zbrodni i znajdujemy winnego, oraz świat jej duszy. Piękne krajobrazy, malujące się przez pryzmat emocji bohaterki, to najlepszy element tego filmu. Plastyka tych wizji, wzbogacona przez piękną, nostalgiczną muzykę, pobudza wyobraźnię. I wizje te, ukazujące piękno i potencjał dziewczęcego, wrażliwego umysłu wzruszają do łez, budzą w nas niewysłowiony żal. 



Jak sklasyfikować ten film? Dramat? Thriller? Na pewno to obraz z pogranicza obu gatunkόw, choć żadnym z nich definitywnie nie jest. To subtelna, chwilami filozoficzna opowieść o żegnaniu życia i tym co jest po nim. Ocenienie tego obrazu, niezmiernie bogatego w wątki i refleksje (ktόrych tutaj opisałam zaledwie część!), jest dla mnie proste.  

Po raz pierwszy od dawna zobaczyłam film, ktόry jest świetnie wyreżyserowany, dobrze zagrany, efektowny, a jednocześnie wzruszający i refleksyjny. Po prostu arcydzieło, ale dla wrażliwych i spragnionych intelektualno – estetycznych wrażeń.





Żródło
;http://film.wp.pl/id,26932,rid,63267,title,Nostalgicznie-piekny,type,editor,film_recenozja.html

UPIÓR W OPERZE (#1)


Twórcy filmu, o których chcę powiedzieć, nie postarali się, nie trzymają godnie linii współczesnego, światowego kina. Piszę to z wielką ironią, bo współczesne kino jest po prostu do kitu, a ten film jest jego przeciwieństwem: świetna muzyka, świetna choreografia, świetni aktorzy, jednym słowem świetny film, świetny musical.

Andrew Lloyd Webber i Joel Schumacher to twórcy filmu, który już na samym początku stał się wydarzeniem artystycznym roku 2005. I muszę przyznać, że nikt nie odbierze im tego tytułu. Film, a właściwie musical, opowiada o legendarnym upiorze w operze (jak sama nazwa filmu wskazuje). Tak jak dzisiaj w Polsce Lew Rywin, tak tam on rządził w teatrze, mimo że oficjalne władze to kto inny. Nikt jednak nie wiedział, kim upiór ten jest... Oprócz jednej osoby...

Człowiek ze zniszczoną twarzą zakochuje się w młodej Christine, ze względu na jej głos i urodę zresztą. Ulega ona czarowi "Anioła Muzyki", ale na jego drodze staje Wicehrabia. Walka się rozpoczyna.... I choć pozostaje nam po filmie niezaspokojona chęć wiedzy, co się stało z.... to wychodzimy z niego naprawdę zachwyceni.

Ten film pokazuje wielką wartość. Wartość miłości w sposób baśniowy. W sposób, który przemówi do każdego człowieka. "Jedna miłość, tak jak życie jedno". To piękne słowa, które powtarzają się kilka razy. Muzyka napisana do tego musicalu, to po prostu arcydzieło: symfonia, organy, no i te piękne głosy (może z małymi wyjątkami). Webber się naprawdę postarał. I choć przez część filmu powtarza się jeden muzyczny motyw, to nie jest on przypadkowy - podkreśla ważność danej chwili.
Bez wątpienia, przynajmniej dla mnie, ten film jest wydarzeniem artystycznym roku 2005. Ten film to istne 2 w 1. Włożenie teatru do kina. Doskonałe i udane połączenie Webbera i Schumachera sprawiło, że wspólnie stworzyli doskonałe połączenie teatru z kinem. I jak tu nie pokochać tych dwóch rodzajów sztuki? Zapraszam na ten film wszystkich, a szczególnie zakochanych, bądź tych, którzy miłości szukają. Może utożsamicie się z którymś z bohaterów. Ja utożsamiam się z upiorem.

 
 Źródło
:http://www.filmweb.pl/reviews/Mi%C5%82o%C5%9B%C4%87+jedna%2C+tak+jagk+%C5%BCycie+jedno-1838